Ci, którzy widzą
Douglasa Hardinga nurtowało twórcze pytanie: jak to jest, że zazwyczaj myślimy
o sobie jako o „rzeczy" umieszczonej w ciele, niezależnie od miejsca, gdzie się w
danej chwili znajdujemy? Najczęściej utożsamiamy tę „rzecz" z głową, która służy
nam do patrzenia i mówienia. Lecz - mówi Harding - czy rzeczywiście istnieją
bezpośrednie dane, by sądzić, że tak właśnie jest? W sposób pośredni widzimy, że
ludzie myślą o sobie w ten sposób, lecz czy zachowują się tak rzeczywiście? Nie
widzę swojej głowy - mówi Harding - a więc jest ona tym, czego nie mogę zaan-
gażować do pracy. To, co znajduje się powyżej guzików mojej koszuli, jest wszyst-
kim, co w rzeczywistości widzę - moim otoczeniem. To otoczenie, niezależnie od
tego, czym jest, zajęło miejsce mojej głowy i wchłonęło w siebie świadomość, iż
jestem uwięzionym i ograniczonym „ja". Zamiast głowy są po prostu rzeczy jako
takie i nie ma ,ja" oceniającego ani myślącego o nich. I to-jest wyzwolenie - z
uporem twierdzi Harding - ponieważ tylko wtedy, gdy nie posiadam głowy, jestem
czysty i pozbawiony ego.
Myśl przewodnia jego filozofii odwołuje się do następującej kwestii - zobacz,
kim jesteś w rzeczywistości (nie głową, lecz otoczeniem wokół siebie). Harding
obmyślił wiele technik, by pomóc ludziom odegrać ten „prosty" akt. Jest to w zasa-
dzie proste, lecz zarazem trudne, a po wykonaniu doświadczenia podanego przez
Hardinga osiąga się efekt zbliżony do efektu eksperymentu polegającego na
patrzeniu na specjalny rysunek. Przedstawia on dwie figury, które, gdy na nie
patrzymy, zmieniają się: raz są dwoma profilami, a już chwilę póżr.iej wazonem.
Jednak w przypadku Hardinga i jego filozofii widzenia problem jest znacznie
głębszy.
Sposób widzenia świata przez don Juana wykazuje podobieństwo ze sposobem
widzenia Hardinga, gdyż uważa on, że z chwilą gdy „zatrzymuje świat", przestaje
utożsamiać się z nim, widząc go odartym z zasłon własnych projekcji. Nie mówi
jednak o tym w ten sposób, jego język jest nadzwyczaj żywy, świeży i inspirujący.
„Kiedy człowiek nauczy się widzieć - mówi - żadna ze znanych mu rzeczy nie
spowoduje zachwiania równowagi".
Castaneda, który zwrócił się do don Juana tylko po informacje dotyczące halu-
cynogennych roślin, został nauczony jak „widzieć". Techniki don Juana dotyczyły
przede wszystkim tego, by Castaneda zauważał rzeczy. Castaneda, podobnie jak
większość z nas, był tak zafrapowany własnymi urojeniami, że świat zewnętrzny
odbierał tak jak wszyscy, nie poświęcając mu szczególnej uwagi. Został jednak
zmuszony do zauważania go (musiał np. rozmawiać z roślinami) i zaczął kierować
swoją uwagę na zewnątrz siebie, a to z kolei spowodowało rozluźnienie struktury
„ja". Następnie miał całą uwagę kierować na przedmiot i widzieć go bez jakiejkol-
wiek wiedzy o nim. Dopiero to było prawdziwym widzeniem, w którym odpadła
cała intelektualna zawartość wyobraźni wraz ze wszystkimi koncepcjami.
Don Juan jest wzruszający, pełen ciepła i mądry. Jego widzenie trochę przypo-
mina widzenie Hardinga, lecz nie jest to jedyna sprawa, o której mówi; jego meto-
dy cechuje praktyczna mądrość, a widzenie jest tylko jednym z wielu aspektów
całkowitego zrozumienia.
DOUGLAS HARDING ur. 1909
Douglas Harding urodził się w Lowestoft, w hrabstwie Suffolk w Anglii. Jego rodzice należeli do ekskluzywnej sekty Bractwa Plymouth - ultrafundamentali- stycznej grupy chrześcijańskiej, purytańskiej, nietolerancyjnej, czepiającej się drobiazgów, która zabraniała wszelkich zbytecznych kontaktów ze „światem". Stopniowo zaczęły ogarniać go wątpliwości, pytał i szukał odpowiedzi, aż w wieku dwudziestu jeden lat, w okresie studiów architektonicznych na uniwersytecie lon- dyńskim, ostatecznie odstąpił od Bractwa. Rodzice i krewni wyrzekli się go, został sam, bez pieniędzy i pracy, w Londynie w czasach głębokiego kryzysu. Jego wychowanie, mimo iż tak ograniczone i bigoteryjne (niedozwolone było czytanie gazet, powieści, chodzenie do kina czy teatru, słuchanie muzyki, posiada- nie przyjaciół spoza Bractwa, należało ograniczać śmiech i utrzymywać się w poczuciu winy) niosło ze sobą jednak dobre uczucia i na swój sposób było auten- tycznie duchowe; pozostawiło niezatarte wrażenie, za które Harding do dzisiaj jest wdzięczny. Po młodzieńczych udrękach i załamaniach, dopiero w późniejszym życiu odzyskał to, co osiągnął już wcześniej, na innym poziomie i w zupełnie inny sposób - religijną pewność, którą stracił, gdy zrezygnował z wiary, w jakiej był wychowany. Mimo iż został dobrym architektem i odniósł nawet pewne sukcesy w tej dziedzinie, pracując w Anglii i w Indiach (gdzie żył przez osiem lat), nigdy się całkowicie tej profesji nie poświęcił. Pragnął znaleźć odpowiedź - nie opierając się na żadnym uznanym autorytecie: nauczycielu, książce czy też instytucji - na waż- ne pytania: Czym lub kim jestem? Jaka jest moja rola tutaj? Czym jest mój praw- dziwy związek z innymi, ze światem, z Bogiem? Jego książka On Having No Head opisuje, jak w wieku trzydziestu czterech lat doszedł do „pełnego zrozumienia własnej Natury" i znalazł odpowiedź na wszystkie te pytania. Dopiero później stopniowo odkrywał, że jego „widzenie" znalazło potwierdzenie w tradycji mistyki, a w szczególności - jak sam twierdzi - wśród mistrzów zen i sufizmu. Zachęcony ich pismami, drugą część życia poświęcił na opracowanie szczegółów i możliwości zastosowania swojego oryginalnego odkrycia. Przedstawił to w książkach, wykła- dach, a ostatnio także w praktycznej formie pracy grupowej, zawierającej dużą ilość niewerbalnych „gier" lub „ćwiczeń warsztatowych". Przez wiele lat nie odnosił żadnych sukcesów - czuł się osamotniony, niezdolny do przekazania tego, co przeżył. Po dwudziestu latach tłumaczenia i pisania o „nieposiadaniu głowy" ludzie nadal uważali, że jest trochę zbzikowany albo że mówi zbyt zawile (wielu nadal tak sądzi). Nie mogli uwierzyć, że myślał dokładnie to, co mówił. Dopiero we wczesnych latach sześćdziesiątych znalazł kilku młodych przyjaciół, którzy po- dzielili jego doświadczenie i których zachęcał, by sami zobaczyli, czym jest bycie „pierwszą osobą liczby pojedynczej w czasie teraźniejszym". Od tej chwili wzro- sło zainteresowanie filozofią „braku głowy", szczególnie wśród młodych po obu stronach Atlantyku. Gdy ten stan się osiągnie - mówił - to każdy potrafi od razu przekazać go innym, bez uciekania się do pomocy Hardinga (który dochodził do tego dwadzieścia lat) oraz jego prac. Trzeba tylko odwołać się do doświadczenia tego, kto pyta, jego własnego, bezpośredniego doświadczenia, z pierwszej ręki, gdyż on sam jest jedynym autorytetem, by stwierdzieć, „jak to jest tam, gdzie jest". Więc zgodnie z tym Harding nie założył żadnej sekty ani organizacji; nie uważa się również za guru. On i jego przyjaciele twierdzą, że widzenie, które spra- wia im przyjemność i które ćwiczą, jest zupełnie naturalne i nie jest niczym nowym. Mówią, że jest to wspólne wszystkim wielkim tradycjom mistycznym (for- my tego przekazu mogą być różne), lecz do tego stopnia niejawne, iż często po prostu nie zauważane. Natomiast teraz widzenie odarte z nawarstwionych, zbęd- nych detali nareszcie stało się tak oczywiste - twierdzą - i tak dostępne, że można temu zaufać, iż samo znajdzie sobie drogę, zgodnie z własnym przeznaczeniem, nie obciążone osobowością czy też mistyfikacją. Inicjacja w „stan bez głowy" lub „nie-rzeczywistość" jest bezpłatna, odbywa się od razu i nie wiążą się z nią żadne dodatkowe komplikacje. Harding większość czasu spędza w Nacton w Suffolk, gdzie prowadzi dom otwarty dla przyjezdnych, zainteresowanych jego filozofią. Przez kilka tygodni w roku podróżuje po Europie i Stanach, prowadząc warsztaty i kameralne wykłady. Podkreśla, że mówi zawsze za siebie, w pierwszej osobie liczby pojedynczej, gdyż uważa, iż nie może mówić za kogokolwiek. To, czy znajdziemy to, co nam Harding sugeruje - gdy wejrzymy w siebie - każdy z nas musi uczciwie rozstrzygnąć sam. Gdy czytamy jego słowa, np. takie wyrażenie: „Tylko ja mogę powiedziedzieć, jak jest tutaj", to odnosi się ono wyłącznie do głowy, a nie do całego ciała, łącznie z głową. „Najważniejsza jest uwaga" - powiedział mi. „Zazwyczaj jestem bardziej lub mniej uważny w stosunku do otaczającego mnie świata - w stosunku do przedmiotów, począwszy od gwiazd, Słońca, Księżyca, chmur i wzgórz, drzew, domów, ulic, samochodów i ludzi, a skończywszy na moich ramionach, nogach i tułowiu. Lecz w tym miejscu, tak blisko Domu, moja uwaga nagle wyłącza się. Nie chcę wiedzieć co, jeżeli w ogóle coś, leży w samym Centrum mojego wielowarstwowego, podobnego do cebuli wszechświata. Obawiam się Miejsca, jakie zajmuję, i zdecydowany jestem go nie dostrzegać. Albo jeszcze gorzej, wmawiam sobie, że być może coś tam jest, a to coś jest tym, czego tam nie ma. Nie ufając własnym odkryciom, pozwalam każdemu, kto jest na zewnątrz, mówić mi, jak tam jest, a oni przekazują informację, iż to Miejsce, gdzie jestem, jest solidną, nieprzezroczystą, kolorową, ograniczoną, skomplikowaną bryłą lub materiałem, rodzajem kuli z mięsa i że wyglądam przez dwie małe, zrobione w niej dziurki. Zgodnym głosem wmawiało mi to od dzieciństwa tak wiele osób, wielkich i mądrych, pewnych siebie i logicznych, że nie dziwi mnie to, iż w końcu przyjąłem ich opinię, a zaniechałem poszukiwania własnej. W tym, co dotyczyło mojej Natury, zostałem przegłosowany - miliony do jednego. Lecz jest to absurd. Tylko ja mogę powiedzieć, jak tutaj jest. Oni jedynie mogą powiedzieć, jakie wywieram na nich wrażenie. Będąc na zewnątrz mnie, znajdują się rzeczywiście w dobrym miejscu dla opisania moich różnorodnych cech zewnęt- rznych, ale absolutnie nie są w stanie opisać tej centralnej Rzeczywistości, z któ- rej wywodzi się ta zewnętrzność. Nikt nie zaglądał w to Miejsce. Nikt, oprócz mnie, ponieważ ja jestem tym najbardziej zaabsorbowany. Tutaj jestem jedynym auto- rytetem i tylko ja posiadam wewnętrzne informacje. Gdy w końcu ośmielę się zwrócić uwagę, spojrzeć na to, z czego patrzę, zobaczyć to, co z siebie robię z zero- wej odległości i nie będę wyobrażał sobie, co inni robią ze mnie patrząc z odległoś- ci dwu metrów, to wówczas odkrywam, iż to nie ma kształtu, nie ma koloru, nie ma nieprzezroczystości, nie ma granic, w ogóle niczego tu nie ma. Moja relacja różni się od ich relacji pod każdym względem. Lecz oczywiście nie jest to czyste nic. Po pierwsze, jestem świadomy: ta Pustka jest w pełni obudzona na siebie jako pustą, cieszy się sobą jako nieskazitelną Jasnością. Po drugie, dlatego, że to jest niczym, jest wszystkim. Jest to Miejsce Możliwości dla świata, aby się mógł w nim dziać. Jestem przestrzenią, lecz wypeł- nioną przestrzenią, w której zajmuje miejsce ten tułów, te ramiona i nogi, ci ludzie, samochody, domy i tak dalej, ze wszystkimi myślami i uczuciam, jakie one budzą. Opróżniony z siebie, wypełniony jestem wszystkim. Jestem w świecie jako trzecia osoba liczby pojedynczej, świat jest we mnie w pierwszej osobie. Zobaczyć to, to żyć prostą prawdą, to być tym, kim jestem. I to wystarczy. To jest znaczenie mojego życia i ostateczna odpowiedź na moje problemy". Takie jest przesłanie Hardinga. Uważa on, że istnieją dwa stany ludzkiego doświadczenia; pierwszy nazywa bycie pierwszą osobą liczby pojedynczej, a drugi - bycie trzecią osobą liczby pojedynczej. Będąc w stanie pierwszej osoby człowiek nie utożsamia się z treściami swojej świadomości (ciałem, umysłem, otaczającym go światem), lecz z całym jej źródłem - samą prawdziwą Świadomością. W stanie bycia w trzeciej osobie (co dla większości ludzi jest zwykłą egzystencją) człowiek czuje się zbudowany z części (treści świadomości): kształtu, koloru, nazwy i miejs- ca. Naukę o tych dwóch stanach i o drodze do pierwszego z nich można znaleźć w hinduskiej advaita vedanta szczególnie w jodze „jnana", ale oryginalność Hardin- ga polega na technice, która ma odkryć stan bycia w pierwszej osobie. Uważa on, że intelektualne uchwycenie prawdy, nawet głębokie jej odczucie, nie ma szcze- gólnej wartości. Musisz naprawdę zobaczyć nieobecność wszystkiego, co było lub mogłoby być, wyobrażonego tutaj, gdzie znajduje się głowa. Książki, wykłady, myślenie i medytacja mogą zaprowadzić cię do Miejsca, jakie zajmujesz, ale rów- nież mogą cię od niego odwieść. Na przykład, te zadrukowane strony znajdują się w przybliżeniu trzydzieści centymetrów od Punktu - to znaczy od Tego, kto je teraz czyta. Harding zachęca czytelnika, by odwrócił swoją uwagę o sto osiemdzie- siąt stopni i przeprowadził bardzo proste eksperymenty - zwracając uwagę na Uważającego. Przytoczony tu zestaw jest bardzo charakterystyczny. Harding twierdzi z uporem, iż wybór nie istnieje, należy robić te eksperymenty, a minuta praktycznego odkrycia warta jest tyle, co lata czytania. Oczywiście - mówi - nie potrzeba czasu, by widzieć - z wyjątkiem może czasu na wątpliwości - kim naprawdę jesteś. Należy tylko odpowiedzieć na następujące pytania, kierując się posiadanymi dowodami, tym, co uważasz za własne w tej chwili, a nie tym, co ludzie ci mówili: „a) Wskazuj palcem na stopy, nogi, brzuch, klatkę piersiową, a potem na to, co powyżej. Patrz cały czas na to, na co wskazuje palec. Na co patrzysz? b) Z ilu oczu patrzysz? Patrz, co się dzieje, gdy wolno zakładasz okulary. Ręką pokaż zakres swojego oka. Co jest za nim? c) Zobacz, czy możesz stanąć z kimś twarzą w twarz tak, by nic nie powodowało zakłóceń z zewnątrz, następnie weź papierową torbę odpowiedniej wielkości, odet- nij spód i poproś znajomego, by włożył w nią twarz z jednej strony, a ty włóż swoją z drugiej. Co jest na twoim końcu torby? d) Obserwuj, gdzie trzymasz twarz. Czy tam, gdzie się znajdujesz? Czy może w lustrze, lub tam, gdzie twój przyjaciel ją odbiera (i dlatego może ci wszystko o niej powiedzieć) i gdzie trzyma swój aparat fotograficzny (którym może ją sfoto- grafować)? e) Za pomocą uderzeń, uszczypnięć, boksowania spróbuj na ramionach zbudować różową, przezroczystą, skomplikowaną rzecz. Spróbuj dostać się do jej środka i opisz jej zawartość. Czy nadal jesteś ograniczony i wyalienowany? Spójrz na tułów. Czy jesteś w nim, czy on jest w tobie? f) Poproś kolegę, by sprawdził twoją pozbawioną twarzy pustkę (z zerowej odle- głości) podchodząc do ciebie z aparatem fotograficznym (mała dziurka w kawałku papieru wystarczy). Czyż nie zaczyna on z miejsca (oddalonego o dwa metry), gdzie odkrywa, że jesteś człowiekiem, potem podchodzi na odległość jednego metra i widzi połowę człowieka, potem głowę, później oko, następnie jedynie zamazany obraz (zakładając, że ma dobre przyrządy, to czy to zamazanie nie będzie powieką, potem komórkami, a następnie jedną komórką, a potem jeszcze mniejszymi cząstkami, aż w końcu będzie praktycznie pustą przestrzenią - pozba- wioną właściwości, koloru, przezroczystą?) Czyż nie jest prawdą, że im bliżej jest ciebie, tym bardziej zbliża się do twojego widzenia siebie jako Nic? g) Zamknij oczy i stój spokojnie. Ile masz dużych palców u nóg ...nóg...ra- mion...głów? Spróbuj znaleźć i obserwować wasne granice. Ile masz lat? Jakiej jesteś płci, jakiego gatunku? Czy w ogóle jesteś czymś, a może nieograniczoną przestrzenią, w której te dźwięki, zapachy, myśli, uczucia i doznania pojawiają się i nikną? Czy nie potrafisz - ponieważ nie jesteś ani tym, ani tamtym, teraz, gdy w ogóle jesteś niczym - powiedzieć Ja Jestem? (Najlepiej będzie, jeżeli te pytania przeczyta ci przyjaciel, abyś nie musiał otwierać oczu). Gdy ukończysz te ćwicze- nia, to - według Hardinga - będziesz wyraźnie widział swoją nieobecność. „Dwie ważne sprawy - wyjaśnia - to moja tożsamość i to, co w związku z nią mam robić. Teraz odkrywam, że nawet w najmniejszym stopniu nie jestem tym, za co uważali mnie ludzie. Nie mogę już udawać, że nie robi mi to żadnej różnicy i dalej żyć w ten sam sposób - tak, jakbym był małą, ograniczoną miejscem, nie- trwałą rzeczą. Tutaj skutki nieuczciwości byłyby fatalne. Czy, jeżeli tłumię najbar- dziej oczywisty i dostępny z faktów - moją nicość, i tak całkowicie mylę się w sprawie tego, co leży w Centrum mojego wszechświata - to, czy mogę mieć rację co do reszty? Czy styl życia zbudowany na takim kłamstwie będzie miał w ogóle jakiś sens, czy okaże się naturalnym i wielce skutecznym wzorem życia? Jeżeli jest dla mnie ważne, by wiedzieć, jakiego narzędzia używam (niezależnie, czy będzie to młotek, piła, czy brzytwa do podcinania gardła), to zrobię to, chociażby ze względu na swoje bezpieczeństwo, nie mówiąc już o dobrej pracy. Nie wspomnę nawet o zwykłej ciekawości! Czy to nieciekawe dowiedzieć się, Kim jest człowiek? Chcesz, by to nastąpiło, by się działo, a jednak nie chcesz wgłębiać się w tę sprawę - jakiż brak przedsiębiorczości, jaka słabość, jaki wstyd!" Wstyd tym większy, ponieważ trudności istnieją tylko w wyobraźni. Według Hardinga, najłatwiejszą i najprostszą sprawą na świecie jest zobaczenie własnego brakującego centrum - siebie. Z drugiej jednak strony, próba, by postrzegać je stale, poprzez zmiany i napięcia codziennego życia, nie jest już taka łatwa. Naj- ważniejsza jest praktyka, jeżeli chcemy, by widzenie to przebiegało naturalnie, bez przeszkód i odpowiednio zaowocowało. Ta praktyka jest świadomą radością przebywania w stanie pierwszej osoby. To także medytacja - mówi Harding - pod wieloma względami bardziej radykalna i odmienna od tej powszechnie nauczanej. Harding tak ją opisuje: „Najpierw, i przede wszystkim, istnieje podwójny sposób uwagi, równoczesne patrzenie do środka i na zewnątrz, które nie gubi się ani w Pustce, ani w tym, co ją wypełnia, lecz trzyma obydwa sposoby w jednym spojrzeniu. (Na zewnątrz papier- owej torby - ćwiczenie c - i wewnątrz niej widzisz i jesteś świadomy całkowitego rozróżnienia między twarzą i nie-twarzą, pokonując w ten sposób poczucie oddzie- lenia spowodowane przekonaniem, że istnieją dwie twarze). Tak więc działa to równie dobrze na rynku, jak i w sali medytacyjnej, poczas rozmowy, spaceru, jaz- dy samochodem, a także wtedy, gdy siedzisz spokojnie z zamkniętymi oczami. Dalekie jest to od tego, by wymagać lub wzbudzać stan transu czy też chwilowego wycofania się ze znerwicowanego świata, natomiast wyostrza postrzeganie tego, co się dzieje. Jesteś, zaczyna wypełniać cię życie, nie wtedy, gdy patrzysz, lecz wtedy, gdy pomijasz Widzącego, to, co widziane, staje się mgliste i zniekształcone. Nie tylko rzeczywistość 'zewnętrzna', lecz także 'wewnętrzny' świat doznań psy- chicznych jest zaciemniony, gdy ignorujesz to, co Najgłębsze, które ochrania i stanowi podstawę wszystkiego." Jednak nie każdy zgodziłby się z tym, że medytacja zawsze doprowadza do pewnego rodzaju transu. Także hardingowskie Najgłębsze może niektórym wyda- wać się niepotrzebnie skomplikowanym obrazem, być może, bardziej odwołuj ą- cym się do tego, co Watts nazwałby kosmiczną materią pierwotną. Na pewno większość mistyków dąży do całkowitego i niewyobrażalnego wyzbycia się siebie i to im wystarcza; szkoda, że Harding zaczął nazywać Pustkę słowami w rodzaju „Najgłębsze". Rzecz zastanawiająca , iż ten szczególny moment wyjaśnia zasadniczą różnicę pomiędzy stanowiskiem hinduizmu a buddyzmu, szczególnie mahajany. Harding bierze stronę hinduistów - wierzy w całkowite rozróżnienie między podmiotem i przedmiotem, Jaźnią a „ja", pierwszą i trzecią osobą, Nie-twarzą a twarzą. Kiedy jednak widzimy Świadomość i jej treści jako różne od siebie, to wówczas łatwo wypełnić Świadomość lub Pustkę wyobrażonymi wartościami, jak np. Najgłęb- szym. Buddyści, a przede wszystkim buddyści zen, uważają, iż Nie-twarz i twarz istnieją jako jedno. Nie ma rozróżnień. Pustka nie jest wypełniona światem, gdyż jest światem. Ponieważ Świadomość wraz ze swoimi treściami jest jednym i tym samym, wyobraźnia nie znajduje najmniejszej szczeliny, by dostać się do środka i określić Świadomość. Gdy raz już zobaczymy Nieobecność - mówi Harding - możemy ją zawsze oglą- dać ponownie, kiedy tylko zechcemy. W przeciwieństwie do idei i uczuć, możesz ją mieć, kiedy jej najbardziej potrzebujesz, gdy jesteś podenerwowany lub zmartwiony. W zasadzie, uważa on, że medytacja nie może być niewłaściwa, i zawsze możesz bez obaw odejść od stanu bycia w pierwszej osobie. W końcu - mówi - zostajesz w Domu, gdzie trwa to nieprzerwanie, choć nie zawsze przypo- mina o swej obecności, podobnie jak podkład basowy w muzyce. Nie oznacza to, że w rzeczywistym widzeniu może nastąpić jakaś poprawa lub pogorszenie. W czasie gdy trwa - mówi Harding - jest to medytacja skrajnych opozycji: wszystko-lub-nic, w której nie można czegoś zrobić źle. Nie możesz widzieć połowy Nieobecności ani widzieć ją połowicznie. Albo patrzysz na to, co jest dla ciebie zasadnicze, albo tego nie zauważasz. Jedyną pożądaną konsekwen- cją - mówi - jest to, że wśród tych, którzy ćwiczą wytrwale tę medytację, nie może być hierarchii ani ustalonego porządku, żadnych guru ani czeladników, żadnych duchowych przywódców ani zniewolenia opartego na strachu. Niczego się nie osiąga, lecz jedynie odkrywa. A to, co odkryte całkowicie, upokarza nas: nie można wątpić we własną Nicość, którą się rzeczywiście zobaczyło. Już to samo nas prze- konuje. Tutaj jest to Miejsce, gdzie jesteś rzeczywisty, pozbawiony wyglądu ze- wnętrznego; Miejsce, które jest wolne od egotyzmu i wszelkich spraw - to znaczy wolne. Wolne jest od jakichkolwiek znaczeń. Ta medytacja - mówi Harding - nie jest mistycznym, nawet nie jest religijnym doświadczeniem; nie jest euforyczna; nie rozrasta się nagle w powszechną miłość albo kosmiczną świadomość; nie jest też żadną myślą ani uczuciem. Wprost przeciwnie, jest pozbawiona wszelkich cech i koloru - jest neutralna. Jest to wpatrywanie się w czyste, ciągle chłodne Źródło Fontanny i równoczesne wpatrywanie się w to, co jest na zewnątrz niej - w wypły- wający, burzliwy świat, któremu nie pozwalasz się podnieść. Możesz zapewnić sobie pełen udział w doświadczeniach, lecz nie tym, że pójdziesz za nimi w dół strumienia, a tym, że zauważysz, iż jesteś zawsze nad strumieniem ich wszystkich 13 —Współcześni... i będziesz mógł cieszyć się nimi tylko wtedy, gdy będą wypływały ze Źródła w tobie. Ponieważ medytacja jest pozbawiona wszelkich cech - mówi Harding - nie ma w niej nic szczególnego. Uważa on, że jest świecka, prosta i naturalna. Niczego nie trzeba się uczyć, nie potrzeba żadnego przewodnika, żadnych podręczników me- dytacji ani mistrzów, żadnego polowania na niezawodnego nauczyciela - ponie- waż widzimy, że On żyje w nas. Ta medytacja jest bezpieczna, gdyż nie da się jej wypaczyć; poza tym unika się w niej uzależnienia od innych i nie jest wymyś- lona. Nie ma w niej niczego dowolnego czy kapryśnego; niczego, co żerowałoby na naszej łatwowierności; niczego, co mogłoby się nie udać; niczego, co oddzielałoby nas od zwykłych ludzi. Jest bezpieczna, gdyż odkrywa to, jak sprawy stoją, i nie próbuje nimi manipulować. Cóż może być mniej niebezpieczne od uczciwości wobec Miejsca, gdzie jesteśmy zawsze, lub bardziej niebezpieczne od nieuczciwoś- ci wobec niego? Jakże nielogiczni jesteśmy i jak trudno nas zadowolić! Chcielibyśmy - mówi Harding - medytacji, która odgrodzi nas od wszelkich istot, a jednak z nimi połą- czy; która zredukuje nas całkowicie, a jednocześnie wywyższy; która sprawi, że będziemy całkowicie obecni i samoświadomi, a jednak całkowicie nieobecni i nie- świadomi siebie; która daje spokój, a inspiruje działanie; która uspokaja, a jednak ożywia; która coś ma na celu, a nie jest celowa; która nie zostawia nam nic, by dokonać obserwacji, że jesteśmy już u Celu, a jednak umożliwia wszystko, by dokonać obserwacji, że jesteśmy jeszcze na początku. To, czego chcemy, to, w skrócie, medytacja godząca wszelkie wbudowane w nas sprzeczności. Cały kłopot polega na tym - uważa Harding - że brakuje nam odwagi na własne Widzenie i że nadal opieramy się na zewnętrznym autorytecie, który właśnie dla- tego, że jest na zewnątrz, nie jest autorytetem. O wszystkim, co jest związane z tym podmiotem, tylko on sam może mówić, wypowiadając się w pierwszej osobie. A więc święte teksty są po to, byśmy badali je swoimi doświadczeniami, a nie badali naszego doświadczenia za pomocą pism. I tak naprawdę, to zdają one egza- min. W sercu każdej wielkiej, mistycznej tradycji znajduje się proste, bezpośred- nie Wyzwolenie lub Przebudzenie na to, kim i czym naprawdę jesteśmy. Harding dla poparcia swoich odkryć cytuje wiele świętych tekstów. Według advaita vedanta - mówi on - istnieje jeden Widzący, jedna Świadomość, jedna Istota we wszystkich rzeczach jako ich Esencja lub Rzeczywistość, i jest ona pozbawiona wszelkich atrybutów: Wyzwolenie to widzenie, że nie jesteś ani cia- łem, ani umysłem, lecz czystym Tym. Dla Hui Nenga, jednego z patriarchów zen, oświecenie to widzenie własnej „Prawdziwej Twarzy", która - interpretuje Har- ding - jest twoją Nie-twarzą. I, dodaje, wiele koanów stosowanych w zen ma na celu doprowadzenie nas do zobaczenia naszej Prawdziwej Twarzy. Jezus nauczał, że znajdziemy Królestwo w środku (nie w krwi, mózgu czy kości, dodaje Harding). A Rumi, wielki poeta sufich - mówi Harding - wysławia w swojej poezji „brak głowy". To niczego nie dowodzi - mówi - ale dostarcza więcej punktów widzenia - jeżeli okażą się konieczne - do zbadania Miejsca, które wskazują mistrzowie. „Normalne" ludzkie uwarunkowanie jest patologiczne - twierdzi Harding - (Jeszcze raz, na nieszczęście, podkreślając teistyczne przekonanie, że ludzkie uwarunkowanie oddzielone jest od samego Źródła i jest „złe" w porównaniu z samym Źródłem, które uważa się za „dobre"). „Oto jest obłąkanie, znacznie potworniejsze niż jakikolwiek inny obłęd, będące podłożem wszystkiego. Różnica między moim przekonaniem, że jestem tą, a nie tamtą rzeczą (powiedzmy Napoleonem czy imbrykiem, a nie Douglasem Hardin- giem), jest bez znaczenia w porównaniu z różnicą między przekonaniem, że jestem rzeczą i moim widzeniem, że jestem Nie-rzeczą. To nie znaczy, że pierwsza i trzecia osoba są niepodobne, lecz że nie można ich porównywać. To, co jest praw- dziwe, jeżeli chodzi o pierwszą osobę, jest nieprawdziwe w odniesieniu do trzeciej. Właśnie dlatego to pomieszanie jest tak niszczące". Śledząc rozwój tego patologicznego stanu, Harding dodaje: „Podobnie jak zwierzę, tak nowo narodzone niemowlę jest bez twarzy i w zasa- dzie nie odzielone od swojego świata, od pierwszej osoby, nie zdając sobie z tego sprawy. Małe dziecko staje się na krótko i z przerwami świadome siebie takim, jakie jest. Stopniowo też staje się świadome siebie takim, jakie jest dla innych - bardzo ludzką i szczególną trzecią osobą, razem z głową i twarzą. Obydwa widze- nia są ważne, potrzebne i zdrowe. Do tej pory wszystko układa się dobrze. Gdy dziecko dorasta, to jego nabyte widzenie siebie-z-zewnątrz zaczyna przy- słaniać, by w końcu całkowicie usunąć wrodzone widzenie siebie-ze-środka. W rzeczywistości dziecko rośnie w dół. Zatrute i zastraszone przez całe otoczenie przestaje być pierwszą osobą. Odcina się od całości i zostaje jej niegodziwą częś- cią, staje się chytre, pełne nienawiści, strachu, zamknięte w sobie i zmęczone. Chytre, bo za wszelką cenę próbuje odzyskać trochę ze swojego utraconego impe- rium; pełne nienawiści, gdyż mści się na społeczeństwie, które tak okrutnie spro- wadziło je do ustalonych wzorów; pełne strachu, gdyż widzi siebie tylko jako rzecz zagrożoną przez inne rzeczy; zmęczone, gdyż mnóstwo energii marnuje na pod- trzymywanie zewnętrzności, zamiast pozwolić jej odejść tam, gdzie przynależy - do innych ludzi. Cały ten kłopot wynika ze złudzenia dotyczącego tożsamości - człowiekowi marzy się, iż jest tym, na kogo wygląda. Cierpi, gdyż nie jest sobą". Aby rozwiązać te problemy - mówi Harding - musimy się przebudzić, odzyskać zmysły i przyjść do siebie; siedem ćwiczeń opisanych powyżej pomoże człowieko- wi tego dokonać, gdyż są one pierwszą pomocą w leczeniu. Od tej chwili człowiek musi przypatrywać się swojej prawdziwej Tożsamości, tak jak może i gdzie może, aż widzenie stanie się zupełnie naturalne i niczym nie zakłócone. A działa ono tylko tak długo, jak długo się je praktykuje. Rezultaty - uwolnienie od chytrości, nienawiści, strachu i tym podobnych uczuć - osiągamy tylko wówczas, gdy będzie- my zwracali uwagę na naszą wolność tutaj (przejawiającą się w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu teraźniejszego), a nie na coś innego. Czy Harding nie za duży nacisk kładzie na lekarstwo, leczenie i pierwszą pomoc w uwolnieniu człowieka od jego ludzkich uwarunkowań (które na pewno zawiera- ją „chytrość, nienawiść, strach itp.", lecz także zawierają miłość, szczęście i pięk- no)? Wcześniej powiedział: „To (brak głowy) jest znaczeniem mojego życia i ostatecz- ną odpowiedzią na moje problemy", lecz na dalszą metę wydaje się bardziej przej- mować problemami niż ich rozwiązaniami. Może to być wadą całej jego nauki, gdyż technika stosowana przez niego, by pomóc ludziom, prawdopodobnie przy- ciągnie tylko tych, którzy będą chcieli uciec od własnych problemów. Celowa prze- sada, dotycząca „patologicznego" uwarunkowania, ma skierować naszą uwagę na korzyści „stanu bez głowy"; próbuje on zamienić prawdziwe, autentyczne widze- nie w magiczne panaceum, stałe lekarstwo dla wszystkich na poziomie kursu ulepszania osobowości. Słuchacze Hardinga to głównie ludzie młodzi, podobnie jak w przypadku Maha- raja Ji. Harding we własnym gronie przedstawia swój temat z zapałem i często bardzo błyskotliwie potrafi o nim mówić przez dłuższy czas. Chętnie pojedzie wszędzie i z każdym może o tym rozmawiać. Czy jego spostrzeżenie ma jakąś wartość? Dla niektórych z pewnością tak. Pomogło małej, lecz wciąż rosnącej liczbie ludzi uświadomić sobie, że są Świado- mością, i utożsamić się z Widzącym, a nie z widzianymi; pomogło im wyplątać się z natrętnych uczuć i myśli oraz zobaczyć je jako coś zewnętrznego lub jako „stru- mień płynący w dół" od Pustej Świadomości. Poza to Harding nie wychodzi. Nie podejmuje dalszego kroku ponownego połą- czenia Świadomości z jej treścią. Może więc zaistnieć niebezpieczeństwo, iż zwo- lennicy Hardinga uznają swoje pierwsze zrozumienie za ostateczne i że „stan bez głowy" stanie się sam w sobie celem a nie drogą. Jednak rozważania tego typu nie muszą dotyczyć bezpośrednich korzyści, jakie można znaleźć w technikach Hardinga. Gdy oczywisty, lecz zazwyczaj nie dostrze- gany fakt raz już stanie się jasny dzięki prostemu spostrzeżeniu, że ludzie widzą wszystko oprócz własnych głów, to nie musimy dalej wyobrażać ich sobie jako miejsca, gdzie żyje „ja". Bo gdy spojrzę i odkryję, że otaczający mnie świat zastą- pił mnie, to „ja" zniknęło, stało się jednym ze światem i nie muszę już doświadczać siebie tak, jakbym był od niego oddzielony.
«DON JUAN» CASTANEDY ur. 1900
Don Juan Matus, Indianin z plemienia Yaąui z Meksyku, nie jest fikcyjną posta- cią, lecz rzeczywiście istniejącym mistrzem, tak jak pozostali, o których już wspo- minałam. To stwierdzenie bez wątpienia ubawiłoby go, gdyby je usłyszał; niestety, cechuje go spokojna obojętność na opinię świata i jest przekonany, że nie posiada historii osobistej. A co do książek - to gdy Carlos Castaneda, jego biograf, z dumą przywiózł i pokazał mu pierwszy egzemplarz The Teachings oi Don Juan, potrak- tował książkę jak talię kart, przekartkował ją i oświadczył, że podoba mu się zie- leń na obwolucie. Obmacawszy okładkę, obrócił książkę dwa razy, po czym oddał ją Castanedzie. Gdy ten poprosił go, by ją zatrzymał, Don Juan, uśmiechając się, odmówił i dodał: „Wiesz, co robimy z papierem w Meksyku".1 Związek pomiędzy Carlosem Castaneda, młodym antropologiem, a starym In- dianinem, którego Castaneda zawsze nazywał don Juanem, przypomina związek Boswella i dra Johnsona, Uspieńskiego i Gurdżijewa. Z jednej strony znajduje się sumienny uczeń, skłonny brać słowa mistrza zbyt dosłownie, pozwalający robić z siebie głupca i zgadzający się na ustawiczne, lecz życzliwe wyśmiewanie się ze swojej nieporadności, swych utartych sposobów myślenia i ograniczeń; po drugiej stronie bystry i zaskakujący mistrz, pozornie łatwy w swojej przemyślanej nauce, ustawicznie podkopujący długo pielęgnowane hipotezy swojego wyznawcy, wpro- wadzający tu i tam nowe myśli, odkrywający nieznane światy i reagujący niepo- hamowanym śmiechem na wywołane w ten sposób efekty. W 1960 roku Castaneda poznał don Juana, sam będąc doktorantem antropologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Badał działanie roślin leczni- czych używanych przez południowo-zachodnich Indian i nie zdawał sobie sprawy, że zostanie uczniem maga. Czekał na autobus, który miał go zabrać z miasta leżą- cego na granicy Arizony i Meksyku, gdy jego przyjaciel-przewodnik nagle zauwa- żył na przystanku don Juana, siwowłosego Indianina Yaąui z Sonory w Meksyku, który podobno miał rozległą wiedzę o roślinach, szczególnie o halucynogennej roślinie - peyotlu. Zaczęli rozmawiać z don Juanem, który okazał się uczynnym i przyjacielskim człowiekiem. Castaneda mówił w swoim ojczystym języku hiszpańskim, z którym don Juan również nie miał żadnych problemów. Castaneda powiedział, że poszu- kuje informacji dotyczących roślin, szczególnie peyotlu; by zaimponować don Jua- nowi, udawał, że wie o roślinach więcej, niż wiedział naprawdę. Castaneda cały czas mówił, a don Juan, prawie się nie odzywał. Jego oczy wydawały się świecić szczególnym blaskiem. Sprawiał wrażenie, jakby wiedział, że Castaneda blef uje, lecz mimo to zaproponował mu, aby ten odwiedził go kiedyś. Potem pojawił się autobus i don Juan odjechał. Blask w oczach don Juana wzbudził w Castanedzie ogromną ciekawość, gdyż nigdy przedtem nie widział takiego spojrzenia. Chciał wiedzieć, co się za tym kry- je, i to pragnienie stało się jego obsesją. Nieustannie myślał o tym blasku i don Juan intrygował go coraz bardziej. Wrócił, by odwiedzić don Juana, a potem dość często spotykali się przez cały rok. Sposób bycia don Juana wzbudzał zaufanie, a poza tym miał on duże poczucie humoru. Nie tylko to, lecz także całe jego zachowanie wypływało z jakiejś ukrytej jedności, która dziwnie Castanedę intrygowała. Odkrył, że samo towarzystwo don Juana zmusza go do powątpiewania we wszystkie swoje wartości. W jego obecnoś- ci czuł radość, lecz także skrępowanie, gdyż wydawało mu się, że don Juan żyje według innych i lepszych zasad niż te, którym on sam hołdował. Don Juan, ku swemu ogromnemu zdziwieniu, przyjął Castanedę na ucznia jak kogoś, na kogo czekał i komu mógł przekazać całą swą wiedzę magiczną (dotyczą- cą roślin leczniczych oraz dziwnych i tajemnych mocy). Zrobił to wbrew swemu przekonaniu, gdyż oczywiście nie uważał, by Castaneda miał jakieś zdolności w tym kierunku, tym bardziej, że nie był nawet Indianinem i wydawał się don Jua- nowi „bardzo dziwnym i zatwardziałym głupcem". Niezwykły jednak omen zmusił don Juana, by potraktował Castanedę poważnie, gdyż wierzył, iż „Mescalito" - spersonifikowana moc peyotlu pojawiająca się po jego zażyciu - wskazał mu Castanedę. Dla don Juana Mescalito był dobroczynnym opiekunem i nauczycie- lem ludzi, których uczył „sztuki życia". Gdy po raz pierwszy pod wpływem peyotlu Castaneda bawił się w niezwykły sposób z psem, a nawet zaczął szczekać, don Juan był pewien, że ten pies to prawdziwy „Mescalito", a ponieważ rzadko bawił się z człowiekiem, musiało to więc oznaczać, iż upatrzył sobie Castanedę na następcę don Juana. Zaczął więc zaszczepiać swoje zrozumienie świata Castanedzie, lecz ten po pię- ciu latach częstych spotkań wycofał się z nauki. Jego świat, świat dwudziestego wieku, świat intelektualisty Zachodu był zbyt zagrożony nauką don Juana i Casta- neda poczuł, że stawką w grze jest jego osobowość, gdyż nauki don Juana podwa- żyły podstawy, na których wspierało się jego zaufanie do normalnego, codzienne- go życia. Poczuł, że jego przytomność i pojmowanie zostały poważnie nadszarp- nięte, tak że niczego już nie mógł być pewny. W Castanedzie wyczuwa się naiwną łatwowierność, a może zbyt tanią emocjo- nalność („Za bardzo się nad sobą rozczulasz" - powiedział don Juan, gdy Castane- da wypłakując mu się w rękaw porzucił naukę). Sam Castaneda mówi nam, że jego usposobienie jest przesadnie dramatyczne i to być może tłumaczy jego łatwą akceptację, a potem odrzucenie nauki don Juana, gdyż to, o czym mówi don Juan, nie jest trudniejsze do przyjęcia niż nauki niektórych mistrzów zen lub słowa innych mędrców pojawiających się w tej książce. W każdym razie Castaneda zaczął się nad tym wszystkim zastanawiać. Po trzyletniej przerwie wrócił do don Juana, został przez niego ciepło przyjęty i tak zaczął się drugi etap nauki, inny od poprzedniego i jednocześnie bardziej obiecujący. Castaneda nie odczuwał już tak dotkliwego strachu, a don Juan był bardziej rozluźniony, w przełomowych mo- mentach często błaznował i pomagał Castanedzie lżej i łatwiej przyjmować prze- kazywaną mu wiedzę. „Powodem, który sprawia, że zaczynasz się bać i rzucasz wszystko, jest to, że czujesz się tak cholernie ważny..." - powiedział. „Poczucie, iż jest się ważnym, sprawia, że człowiek jest ciężki, niezgrabny i próżny. Aby być człowiekiem wiedzy, trzeba być lekkim i elastycznym".2 Musiało jednak upłynąć pięć lat, zanim Castaneda zdał sobie sprawę, że wszel- kie manipulacje z roślinami psychotropowymi i wszystkie drobiazgowe lekcje magii wcale nie są istotne w zrozumieniu życia, lecz stanowią tylko pomoc w tym, by Castaneda nie trzymał się tak kurczowo znanej mu rzeczywistości. Doceniwszy już względną przydatność „tricków" maga, zaczął widzieć to, do czego zmierzał don Juan, i w swojej drugiej książce A Separate Reality oraz trzeciej Journey to Ixtlan przekazuje czytelnikom niektóre z doskonałych nauk don Juana. Mimo iż Castaneda nie zdawał sobie w tym czasie z tego, sprawy, otrzymał te nauki już na początku swojej znajomości z don Juanem jako lekcje dotyczące techniki „zatrzy- mywania świata". Pierwsza więc książka o don Juanie The Teachings ofDon Juan: A Yaqui Way of Knowledge do pewnego stopnia napisana jest w duchu tego nieporozumienia. Castaneda uważał, że podróże wywołane halucynogenami są istotne w nauce, i w związku z tym wprowadza czytelnika w gęsty las fascynujących spraw dotyczą- cych sposobu zbierania, stosowania i działania roślin halucynogennych. Skrupu- latnie opracował swoje notatki i książka w ostatecznym efekcie sprawia wrażenie, iż jesteśmy o krok od wielkich odkryć. Castaneda przeżywa wspaniałe i przeraża- jące doświadczenia podczas pobytu z don Juanem na pustyni, zażywając peyotl i inne rośliny; natomiast inne odkrycia pojawiają się później. Co to za odkrycia? Najważniejsze to niewątpliwie widzenie i jest to działanie podobne do działania Douglasa Hardinga, mimo że wyjaśnione w inny sposób i wywołujące różne sku- tki uboczne. Podobnie do Hardinga, don Juan wskazuje na widzenie jako na sposób ogląda- nia świata oczami, lecz różniący się od patrzenia. Człowiek, który nie widzi, patrzy na świat i wierzy w jego realność. Patrzenie więc staje się tym samym, co inter- pretacja - patrząc interpretujemy. Patrzenie więc nie jest nigdy wyraźnym i czy- stym widzeniem, nie obciążonym interpretacją; jest to raczej proces myśli, gdzie samo widzenie przedmiotu nie jest tak ważne, jak ważne są myśli. To właśnie indywidualne ego lub „ja" patrzy, interpretuje i ma wyobrażenia. Gdy natomiast występuje widzenie, to odczucie indywidualnego ,ja" zanika, gdyż zastąpione jest samym jasno widzianym przedmiotem. To w rezultacie powoduje cudowne uwolnienie od ciężaru wartościowania - przedmiot istnieje tylko sam w sobie, jest jedyny i egzystuje poza wszelką interpretacją czy komentarzem („tak naprawdę, to nie ma nic do powiedzenia na ich temat" - odpowiedział don Juan zapytany o rośliny). Zwyczajnie myślący umysł nie może wprowadzić żadnych zakłóceń do percepcji przedmiotu, gdyż wszystkie myśli są jednakowo wyraźne i pozbawione „ja". Nie oznacza to, że znika pamięć. W żadnym wypadku. Nazwa przedmiotu, który widzę, pozostaje taka sama - góra jest górą, róża różą, drzewo drzewem. „Nie ma nic, czego mi nie wolno wiedzieć, by widzieć i nie ma żadnej wiedzy, o której muszę zapomnieć" - mówi Buber. Nazwa jednak należy do sposobu patrzenia, które stało się nieistotne i nieważne. Według don Juana, cały świat, na który patrzymy, jest jedynie opisem. Jeżeli porzucę ten sposób opisującego patrzenia i zacznę widzieć, to będę widzieć go - przedmiot przewyższający wszelkie nazwy - w jego całkowi- tej jasności, która jest tajemnicą, jego nominalną istotą, o której nie da się nic powiedzieć. Ta tajemnica, w której nie ma nic ze mnie, jest tak głęboka, że wszelkie osobiste nadzieje, pragnienia i plany wydają się bez znaczenia, jak ziemia, która straciła swoje znaczenie wtedy, gdy znaleziono w niej skarb. Don Juan powiedział Casta- nedzie, że nie posiada już historii osobistej. Castaneda, zmieszany tym stwierdzeniem, zasugerował don Juanowi, że na pewno wie, kim był. Lecz don Juan zaprzeczył, iż cokolwiek wie na swój temat, a ze zdziwienia Castanedy śmiał się do łez. „Jakże mógłbym wiedzieć, kim byłem - powiedział - kiedy jestem tym wszystkim" i wskazał na otoczenie. Sprawą wywołującą w Castanedzie najwięcej zamieszania był sposób, w jaki jego myślący umysł porównywał rzeczy i wynajdywał sprzeczności. Każdy przed- miot widziany jest doskonały sam w sobie i dlatego wszelkie porównania są bez sensu - o każdym przedmiocie można powiedzieć, że jest jednakowo ważny i jed- nakowo nieważny. Don Juan wyjaśnił, że najpierw uczymy się myśleć o wszystkim, a potem uczy- my nasze oczy widzieć rzeczy tak, jak o nich myślimy. Lubimy, na przykład, myś- leć o sobie jako o kimś ważnym, a potem musimy czuć, że jesteśmy ważni! Gdy człowiek jednak nauczy się widzieć, to odkrywa, że nie ma potrzeby myśleć o rze- czach, i jego myśli nie są już dłużej z nimi związane. Wtedy wszystkie wydają się jednakowo nieważne. Castanedę bardzo jednak niepokoiła perspektywa, w której coś może nie być ważniejsze od czegoś innego. Potem poczuł, że całe życie musi być nieważne, a więc bez wartości, lecz don Juan wytłumaczył mu, że spowodowane jest to nawy- kiem jego myślenia, jego sposobem patrzenia na rzeczy, a także stereotypowymi poglądami. „Myślenie" dla don Juana to ustawiczny przepływ wyobrażeń, które tworzymy na każdy temat. Nawyk myślenia zastępujący widzenie można przełamać przez akt widzenia. Zauważył, że Castaneda powinien już wiedzieć, jak żyje człowiek czynu - że żyje działaniem, a nie myśleniem o swoim działaniu czy wyobrażaniem sobie, co myślałby, gdyby przestał działać. Człowiek, który potrafi działać bez myś- li, jest człowiekiem wiedzy - powiedział - i taki człowiek wybierze ścieżkę, która ma serce, i będzie nią szedł. Jest świadomy, że jego życie nie trwa wiecznie, że nie istnieje ani dla niego, ani dla nikogo żaden punkt docelowy i że nie ma spraw mniej lub bardziej ważnych. Człowiek wiedzy potrafi odrzucić poczucie honoru, godność, nazwisko rodzinne i kraj, gdyż wie, że najważniejszą sprawą w byciu żywym jest to, by żyć. Po prostu śmieje się i cieszy rzeczami takimi, jakimi są. Na zewnątrz zachowuje się tak, jak inni ludzie, gdyż potrafi panować nad swoją „głu- potą", swoim życiem, i sprawia wrażenie, że jest taki, jak inni zwykli ludzie, wal- czący, pocący się i sapiący. Tak bardzo panuje nad sobą, że może robić wszystko, i robi to tak, iż wydaje się, że ma to dla niego jakieś znaczenie, lecz on wie, że nie jest to ważne i że nie ma to żadnego znaczenia. Gdy zrobi to, co ma do zrobienia, potrafi odejść w spokoju i nie obchodzą go rezultaty. Castaneda, ciągle jeszcze niezadowolony, zrelacjonował don Juanowi historię bogatego, garnącego się do polityki amerykańskiego prawnika, konserwatysty walczącego z różnymi innowacjami w rodzaju „nowego ładu" Roosvelta. Ten czło- wiek został pokonany, wycofał się pełen gorczy i litości dla siebie. W końcu w wieku osiemdziesięciu czterech lat powiedział Castanedzie, że zmarnował czter- dzieści lata swojego życia. Jaka jest różnica - zapytał Castaneda - między pu- stką tego starego człowieka i poczuciem don Juana, że wszystko jest bez zna- czenia. Czyżby don Juan ostatecznie znalazł się w lepszej sytuacji niż ów praw- nik? Don Juan odpowiedział, że znajomy Castanedy był samotny, gdyż nie widział przed swoją śmiercią. Musiał czuć, że zmarnował życie, gdyż zdecydowany był odnosić zwycięstwa, a spotykały go tylko porażki. Nie wiedział, że jego zwycięstwa i porażki były jednakowo ważne. Stan, w którym nic dla niego nie miało już zna- czenia, jest całkowicie różny od stanu don Juana. Dla don Juana zwycięstwa i porażki nie mają znaczenia, gdyż jego życie wypełnione jest po brzegi; wszystko w nim jest jednakowe i czuje, że każda jego walka opłaca się: „Człowiek, by stać się człowiekiem wiedzy, musi być wojownikiem, a nie kap- ryśnym dzieckiem. Trzeba walczyć bez poddawania się, bez narzekania, bez cofa- nia się - aż człowiek zobaczy - tylko po to, by zdać sobie sprawę, że naprawdę nic nie ma znaczenia".3 Don Juan niewątpliwie widzi, tak jak Douglas Harding, lecz dla don Juana widzenie wyzwala dalsze konsekwencje, których Harding prawdopodobnie by nie zaakceptował. Dla Hardinga widziany świat jest „pusty", a dla don Juana wszyst- ko zaczyna świecić. Ludzie zbudowani są - gdy ich się widzi - ze świecących włó- kien wychodzących z pępka; włókna te są albo krótkie ,albo długie, w zależności od ich stanu oświecenia. Castaneda widział, jak don Genaro, przyjaciel don Juana, z ogromną swobodą wszedł na pionowe zbocze skały i przekoziołkował na drugą stronę wodospadu. Potrafił tego dokonać - powiedział don Juan - gdyż przyczepił włókna jak liny do występów skalnych. To właśnie ten szczególny aspekt widzenia budzi wątpliwości w postawie don Juana jako mistrza odkrywającego wieczne prawdy i sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, na ile był szamanem ukształtowanym przez swoją lokalną kulturę, która niewiele ma do zaoferowania innym kulturom. Na ile też stałe zażywanie peyotlu i palenie dwóch innych roślin, liści bielunia (Datura inoxia) i grzybów z gatunku Psylocybe, pozwala mu na uchwycenie rzeczywistości? Rola, jaką peyotl odgrywał w życiu don Juana, nie jest dostatecznie jasna. Nie można za to winić Castanedy, który zapisywał wszystko, co się wydarzyło, i wszystko, co zostało powiedziane. Lecz nie można się doczytać między wierszami tego, na ile don Juan uważał peyotl za środek, a na ile za cel. Kazał Castanedzie palić rośliny tak często, jak tylko to możliwe, gdyż stanowiły one „niezbędny waru- nek wstępny" do „widzenia". Tylko dym - powiedział - może dać szybkość i zręcz- ność, by ujrzeć w przelocie ten nieuchwytny świat. Nasuwają się wątpliwości, czy don Juan uważał wykorzystywanie tych roślin przez siebie za nieodzowne? Dawał je Castanedzie wyraźnie po to, by rozbić dwu- wymiarowe (czas i miejsce) wyobrażenie świata młodego człowieka.,Jesteś dla siebie zbyt rzeczywisty" - powiedział. Oskarżał go, że za łatwo można go podejść i jest zbyt banalny, a jego życie tak zrutynizowane, że wszystko da się przewidzieć. Poradził Castanedzie, by stał się niedostępny, podobnie jak myśliwy. Jeżeli człowiek jest myśliwym - powiedział - jego kontakt ze światem jest wstrzemięźliwy. Zamiast zjeść pięć przepiórek, je jedną. Nie rani i nie niszczy roślin tylko po to, by wykopać dół do zrobienia rożna nad ogniskiem; niepotrzeb- nie nie wystawia się na działania żywiołów. Przede wszystkim nie używa i nie manipuluje ludźmi dla własnych celów, szczególnie tymi, których kocha. Myśliwy ufny jest w to, co robi, i dlatego nie martwi się. Kiedy człowiek martwi się, jest wystawiony na cios i staje się dostępny, a gdy już zacznie się martwić, to chwyta się wszystkiego, co ma pod ręką. Wtedy zniszczy siebie albo osobę lub rzecz, której się uczepił. Myśliwy odczuwa opiekuńczą troskliwość w stosunku do wszystkich rzeczy, używa ich więc ostrożnie i oszczędnie. W świecie czuje się tak samo intymnie, jak w domu, lecz świat nie może się do niego dobrać. Jest nieprzystępny, gdyż nie musi do niego przywierać w uścisku niszczącym życie. Dotyka go delikatnie, opu- szcza go, gdy jest gotowy, i prawie nie zostawia w nim śladu. Don Juan za pomocą peyotlu próbował wybić Castanedę z jego zrutynizowa- nych wzorców myślowych, wprowadzając go w inne doświadczanie świata - w sposoby, które pokazują, iż można zmienić świat obiektywny i rządzące nim pra- wa. To wtedy właśnie Castaneda wystraszył się i zrezygnował, jednak wrócił po kilku latach. Łatwo jest odrzucić różne światy don Juana, uznając je za halucynacje inspiro- wane peyotlem. Robiąc to, ignorujemy jednak fakt, o którym rzadko się mówi. Chodzi tu o stwierdzony zarówno przez naukę, jak i zwykłe postrzeganie fakt, że nasza normalna rzeczywistość kształtów i kolorów pojawia się taka tylko oczom patrzącego. Świat obiektywny, taki jakim go znamy, pojawia się nam tylko dlate- go, że wyposażeni jesteśmy w zmysły, które go wyczuwają. Gdybym była kotem, nie widziałabym chmur czy gór; kształt mojego obiektywnego świata byłby ogra- niczony nie tylko mniejszą zdolnością zmysłów - byłby całkowicie różny. Ze spo- sobu zachowania się kotów wiemy, iż widzą one wiele rzeczy, których my nie widzimy. Czy takie rzeczy istnieją? Dla kotów: tak, dla ludzi: nie. Nasze światy w tym miejscu się nie spotykają. Świat postrzegany przez żuka czy mrówkę nie jest zmniejszonym światem człowieka - jest to zupełnie inny świat. Czy można poznać chociażby świat mojego sąsiada? Nigdy. Możemy zgodzić się co do dużej liczby jego opisów, co do rodzaju cech, jakie postrzegają ludzkie narzą- dy, lecz nigdy ostatecznie nie będziemy znali świata innej osoby. Nasz własny świat jest jedynym rzeczywistym dowodem na istnienie świata obiektywnego. „Świat jest konstrukcją naszych zmysłów, percepcji i wspomnień" - mówi dr Erwin Schródinger, wybitny fizyk. „Wygodnie jest uważać, że istnieje niezależnie, sam z siebie. Ale świat nie przejawia się jedynie poprzez samo swoje istnienie. Jego dziejące się przejawienie uwarunkowane jest niezwykłymi wydarzeniami w pewnych specyficznych częściach świata, to znaczy pewnymi wydarzeniami mają- cymi miejsce w mózgu".4 Don Juan mówił, iż zna inne światy. Czy uznamy te światy tylko za nowe aspek- ty tego samego świata odkrytego za pomocą halucynogenów, czy też za całkowicie odmienne światy, jest ostatecznie nieistotne. Są one „różne", podobnie jak sceny ze snu, które są w zupełności odmienne od miejsca i czasu naszego dziennego otoczenia. Don Juan wprowadził Castanedę w te inne światy po to, by zniszczyć jego kom- pulsywne przylgnięcie do „normalności", trzymanie się codziennego „zbyt rzeczy- wistego" świata. Nie całkiem się to don Juanowi udało, ale też nie można powie- dzieć, że mu się nie udało w ogóle. Castaneda widział tylko przelotnie i nie wtedy, kiedy tego chciał. Natomiast stał się elastyczny, otwarty i potrafił doświadczać wzruszających chwil głębszego zrozumienia. Kiedyś został przez don Juana wy- słany na pustynię, po kilku dniach poczuł się nieswojo i był przygnębiony. Siedział na wysokim płaskowyżu, w pewnym momencie zauważył dużego czarnego żuka toczącego kulkę gnoju, który zbliżał się do niego. W tej samej chwili uświadomił sobie, że jakiś cień zamigotał po jego lewej stronie - tradycyjnie najbardziej wystawionej na niebezpieczeństwo. Pomyślał, że to może być cień śmierci, obse- rwującej i jego, i żuka. Nagle zdał sobie sprawę, że on i żuk niczym się nie różnią i doznał ogromnego uniesienia; był tak przepełniony szczęściem, że zapłakał. Zro- zumiał, że don Juan miał zawsze rację i że naprawdę, tak jak i my wszyscy, żyje w dziwnym i tajemniczym świecie. Zobaczył, że on sam jest istotą nieznaną oraz że nie jest kimś ważniejszym od żuka. Czy don Juan uważał, że magia jest nieodzowna w widzeniu? Kiedyś powiedział Castanedzie, że widzenie to proces niezależny od magii, gdyż magia służy jedynie do manipulowania innymi ludźmi, a widzenie nie wywiera na ludzi żadnego wpły- wu. Dlaczego więc tak bardzo angażował Castanedę w magię? W trakcie czytania pierwszych trzech książek człowiek uświadamia sobie, że istnieje dwóch don Jua- nów. Jeden jest mistrzem: prostym, współczującym, spokojnym, którego nie wiążą rezultaty własnych działań. Drugi to mag, zaszywający powieki jaszczurki po to, by zmusić ją do odpowiedzi na pytania; ścierający na proszek czarcie ziele, by uzyskać wigor; przypisujący glinianej fajce moc życia i śmierci; wywołujący prze- rażenie u swego ucznia opowieściami o czarownicy wcielonej w kosa i krążącej trzepotliwym lotem. Istnieje nawet trzeci don Juan, typ Gurdżijewa, który używa magii, by postawić Castanedę w takiej sytuacji, w której cechy jego osobowości zaprowadzą go na krawędź porażki; który śmieje się do łez z reakcji Castanedy; który go hipnotyzuje, wykpiwa i robi mu nieznośne kawały. To don Juan - mistrz zachęca go, by stał się wojownikiem. Kiedy Castaneda po posiłku w małej meksykańskiej knajpce poczuł mdłości i podzielił się swymi oba- wami, że najprawdopodobniej jedzenie było nieświeże, don Juan zganił go i sta- nowczym tonem powiedział, że skoro zdecydował się na przyjazd do Meksyku, to musi zapomnieć o swoich obawach. Powinien poradzić sobie z takimi obawami i zmartwieniami przed przyjazdem i o nich zapomnieć, gdyż wiele innych, a mogą- cych się pojawić wydarzeń będzie wymagać jego uwagi. Wojownik musi na począt- ku stanąć twarzą w twarz ze strachem, a potem odstawić go na bok. Wojownik - mówił - wie, że śmierć jest jedynym czynnikiem, który może zablo- kować mu drogę, i powinien zawsze pamiętać o śmierci, gdy sprawy będą niejasne lub zagmatwane. Powinien także nauczyć się uwalniać od strachu przed śmiercią, lecz wiedza o tym, że ona zawsze na niego czeka, powinna być zachętą a nie hamulcem w działaniu. Człowiek, który chce być wojownikiem, musi być całkowi- cie świadomy obecności śmierci. Jednak ciągłe myślenie o niej może skupić całą jego uwagę na sobie i unieruchomić go. Musi w pełni być jej świadomy, lecz rów- nież wobec niej obojętny. Ramana Maharishi kiedyś już coś podobnego powiedział: „...Żaden człowiek nie traktuje poważnie faktu śmierci. Może widzieć dookoła sie- bie śmierć, lecz nadal nie wierzy, że on umrze. Wierzy lub raczej przeczuwa w jakiś dziwny sposób, że śmierć nie jest dla niego. Pada ofiarą strachu przed śmier- cią tylko wtedy, gdy zostaje zagrożone jego ciało. Każdy człowiek wierzy, że jest wieczny, i jest to prawda".5 Konsekwencją bycia wojownikiem i widzenia jest odkrycie, że działania czło- wieka sprowadzają się do „kontrolowanego szaleństwa". Don Juan używał tego określenia, by wyrazić swoje przekonanie o ostatecznym braku jakiegoś znacze- nia jednego działania w porównaniu z innym. Działanie nie jest istotne - powie- dział - natomiast ważne jest „nie-działanie". Nie oznacza to, że nie powinniśmy działać, lecz że powinniśmy działać tylko z wewnętrznej jasności, z obszaru nie- działania. Jest to „kontrolowane" szaleństwo w odróżnieniu od zwykłego szaleńs- twa działań wielu ludzi, wynikających z nieodgadnionych motywacji. Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę, że nasze uczynki są bezużytecz- ne, a potem nie wolno nam przykładać wagi do tego zrozumienia, i musimy żyć dalej tak, jak byśmy tego nie wiedzieli. Castaneda był wyraźnie zaintrygowany pojęciem „kontrolowanego szaleństwa" i nieustannie zadawał don Juanowi pytania na ten temat. Don Juan odpowiedział, że jest naprawdę zachwycony tym, że Castaneda po tylu latach znajomości z nim pyta go; gdyby jednak Castaneda nie zadawał żad- nych pytań, to też nie miałby nic przeciwko temu. Jednak czuje się zadowolony, jakby obchodziło go to, czy Castaneda pyta, czy nie i jakby to miało jakieś znacze- nie, że go to obchodzi! I to - powiedział - jest przykładem kontrolowanego szaleńs- twa. Castaneda zapytał go, czy z każdym ćwiczył to kontrolowane szaleństwo? Gdy odpowiedział, że tak, to zapytał go, czy don Juan nigdy nie był szczery, czy zawsze grał? W jednej ze swoich niezwykłych odpowiedzi don Juan stwierdził: „Moje czyny są szczere, lecz są to tylko czyny aktora".6 Zaznacza, że aby być w ogóle człowiekiem, konieczne jest być aktorem. Sama struktura ludzkiego ogranizmu domaga się maski. Tylko świadomość, jest bez- kształtna; wszystko to, co postrzega świadomość jest ubrane w jakąś - tak czy inaczej ukształtowaną maskę. Każdy kształt odgrywa określoną rolę; rośliny i zwierzęta robią to nieświadomie, drzewo zachowuje się jak drzewo, krowa jak krowa, a ludzie robią to świadomie. Gdy przejrzy się na wylot granie roli, to aktor dalej ciągnie sztukę szczerze, lecz wie już, iż jest to sztuka - i to jest różnica mię- dzy człowiekiem oświeconym i nieoświeconym. Dla nieoświeconego sztuka jest rzeczywista. Dla oświeconego sztuka jest rzeczywista jako sztuka, lecz nic ponad- to. .Jestem świadomy czegoś wewnątrz mnie, a blask tego wskazuje na pierwszą przyczynę" - powiedział nieznany mistyk. To coś jest tym, co prawdziwe dla oświeconego człowieka, i wie on, iż jest to jego źródło, natomiast rzeczywistość zewnętrzną postrzega jedynie jako powłokę lub „opis" - Tego, co świeci. Uznać rzeczywistość zewnętrzną jako niepodważalnie prawdziwą to dać się nabrać akto- rom sztuki. „Gdy człowiek raz nauczy się widzieć, to odkrywa, że jest na świecie sam, nie posiadając niczego prócz swego szaleństwa".' - mówi don Juan. To był don Juan-mistrz. Don Juan-mag widzi ludzi jako świecące wiązki włókien w kształcie jaja i mani- puluje nimi stosując „nie-działanie". Nie jest to „nie-działanie" w najwyższym znaczeniu głębokiej ciszy, z której wypływa niedziałające działanie, lecz w znacze- niu magii, tak jak ją rozumie szaman. Najpierw drażnił Castanedę, i kilku innych młodych ludzi, tym, że parę razy ukrył się za skałą, a następnie pojawiał się za każdym razem jako inna osoba (inny również dla każdego członka grupy), by potem wyjaśnić, jak to zrobił. Każdy z nas rodząc się - mówił - wchodzi w świat z małym kręgiem mocy. Prawie natych- miast zaczyna go używać. Tak więc każdy, od momentu narodzin, schwytany jest w strukturę otaczającego go świata, a jego krąg mocy łączy się z innymi. W ten sposób każdy pomaga w stwarzaniu znanego świata. Według don Juana, to „two- rzenie" świata jest skuteczne od chwili, gdy człowiek przyłączy się swoim krę- giem mocy do „tworzenia" czynionego przez innych ludzi. Don Juan przestraszył Castanedę, mówiąc, że w tej właśnie chwili jego krąg mocy oraz krąg Castanedy złączyły się, aby zmaterializować pokój, w którym się znajdują. Pokój zaczął istnieć dzięki ich wirującym kręgom mocy. Castaneda zaprotestował i twierdził, że pokój istnieje obiektywnie, że on go nie tworzy. Don Juan jednak spokojnie i stanowczo twierdził, że pokój istnieje i jest w tym miejscu dzięki kręgom mocy wszystkich ludzi. Lecz człowiek wiedzy - powie- dział - rozwija inny rodzaj kręgu mocy, krąg „nie-działania". Tym kręgiem może wprowadzać w ruch obrotowy inne światy. Gdy wychodził zza skały, dla każdego obserwującego był kimś innym, a osiągnął to dzięki przyczepieniu swojego kręgu mocy „nie-działania" do ich kręgu „działania"; one dokonały reszty. Castanedzie trudno było to zrozumieć. W trakcie czytania tych książek czytelnik odnosi wrażenie, iż don Juan przeka- zuje Castanedzie wiedzę maga, gdyż wierzy, iż jego umysł zostanie obdarzony wolnością, lecz Castanedzie bliskie są właśnie słowa mistrza, a nie epizody, gdy pośród ciemnych i opuszczonych szczytów gór pojawia się „sprzymierzeniec", „po- jazd maga" - równie gwałtowny i niebezpieczny, jak i pomocny - w różnych prze- braniach, które Castaneda bierze za rzeczywistość; ani wizje peyotlowe, które omal nie doprowadziły go do szaleństwa. Może ciągła praktyka magii spowodowa- ła, iż don Juan nie potrafił właściwie ocenić, kto naprawdę potrzebuje mistrza. A może po prostu potraktował dosłownie, wyrażoną na początku ich znajomości, chęć Castanedy do zasięgnięcia informacji o roślinach. Motywy postępowania don Juana pozostają nie wyjaśnione. We wszystkich czterech książkach jego nauka jest nauką mędrca i maga, by pod koniec ostatniej książki ostatecznie pogrążyć się w magię. W czwartej książce The Tales of Power don Juan pomaga Castanedzie zrozu- mieć „całkowitość" siebie. By to wyjaśnić, don Juan używa meksykańskich okre- śleń: tonal i nagual. Te terminy zbliżone są mniej więcej do ego lub poczucia „ja" {tona!) oraz do hardingowskiej Pustki (nagual), gdyż don Juan uważa, iż nagual zawiera tonal tak, jak Harding wierzy, że Pustka zawiera wszystko, co przejawio- ne. By poznać swoją całość - mówi don Juan - człowiek musi poznać siebie jako dwie połowy bańki. Jedna jego połowa - tonal- skupia się wokół rozumu i oparta jest na percepcji świata. Rozum organizuje to postrzeganie poprzez swój osobisty punkt widzenia świata, co stanowi dla niego spójny i zrozumiały opis. Tonal zaś to wszystko to, za co człowiek się uważa. Rozumowi człowieka towarzyszy mówienie - powiada don Juan - i wszystko, co człowiek potrafi określić słowem, to tonal. To jest wszystko, co potrafi opisać. Nagual nie da się opisać. Jest to prawdziwy twórca świata, podczas gdy tonal jest tylko opisującym go świadkiem. Nagual to połowa człowieka, na którą nie ma nazwy, opisu, uczucia czy wiedzy. Można go odkryć tylko wówczas, gdy ustanie wewnętrzny dialog i tonal człowieka opróżni się ze zdroworozsądkowych przeko- nań. W pustce nagual człowieka może objawić się tonalowi. W niezwykłym opisie latania w dół wąwozu za pomocą nagual Castaneda odkry- wa, że jego wewnętrzna natura zbudowana jest z wiązki różnych ,ja" - uczuć, myśli i doznań cielesnych. Ten wniosek przypominający myśli Gurdżijewa zaa- probowany jest przez don Juana, który mówi, że mnóstwo możliwych uczuć i „ja" unosi się spokojnie w barkach nagual przed narodzeniem się człowieka. Wtedy, w stanie przednarodzeniowym, niektóre z nich szczepiają się i łączą za pomocą tego, co don Juan nazywa „klejem życia". Tym sposobem tworzy się istota, lecz gdy tylko się narodzi, traci poczucie nagual i przyjmuje pojęcia i wartości tonal. Gdy umiera, ponownie się dezintegruje i wszystkie jej części zanurzają się z powrotem w niezmienny nagual. Możemy sądzić, że wieczny, niezmienny i spokojny nagual, z którego wyłania się konglomeracja cząstek nazwana osobą, jest wielce prawdopodobnym wyjaś- nieniem życia i śmierci, i niewątpliwie ma wiele wspólnych cech z filozofią hindu- ską. Lecz hinduskie TAMTO znajduje się całkowicie poza zrozumieniem człowie- ka, a jednocześnie jest tym, co w nim najbardziej intymne. Nagual natomiast wydaje się być dziwną siłą, ponieważ mogą go używać magowie! Jest to oczywiście niepojęte, lecz nie do tego stopnia, co Niestworzone i Nieuwarunkowane lub har- dingowska Pustka. Nagualjest wszystkim - z wyjątkiem Najwyższego. Może poja- wić się jako magiczna ćma, ogniste zwierzę lub przerażający dźwięk. Według don Juana, gdy „właściwie" się go używa, to może unieść człowieka w powietrze, nad góry, w dół przepaści, a nawet do innych światów znajdujących się w kosmicznej przestrzeni. Tak naprawdę to podróż w przestrzeni wydaje się największym osiągnięciem, a ostateczne potwierdzenie, że don Juan był bardziej magiem niż mędrcem, może rozczarować wielu ludzi. Rozczarowuje przynajmniej tych, dla których doskona- łość zewnętrznych sił człowieka ma mniejszą wagę od odkrycia prawdziwej we- wnętrznej jego istoty. Bo, jak mówi zen, po co zajmować się cudownym przekra- czaniem wody, jeżeli można na drugą stronę przepłynąć łódką? Jeżeli jednym z zasadniczych odkryć czterech książek i znacznej części jego nauki jest zdolność oglądania dna wąwozu, fruwając, a nie schodząc z góry w dół, to przypomina to sytuację, w której góra rodzi mysz. To raczej podróż do środka niż na zewnątrz przyciąga wiele osób, gdyż instynk- townie wiemy, że jest to podróż w kierunku prawdziwej mądrości i prawdziwego współczucia. Don Juan też wydaje się w to wierzyć i przekazuje te wartości w swoich lekcjach. Niezależnie od tego, jak bardzo bulwersujące są jego wnioski i jak nadzwyczajną fizyczną moc okażą jego uczniowie, pamiętamy jasnowidzącego i sympatycznego Indianina, który wyłania się z książek Castanedy; dalekowzrocz- nego mędrca, który może pokazać w stylu Krishnamurtiego, jak ludzie się oszu- kują, gdy przyczepiają nazwy do świata, a potem spodziewają się, że świat nagnie się do ich pretensji - jak działają, a potem wierzą, że ich działania są światem. Don Juan przejrzał do cna ludzką niewiedzę. „Świat jest niezrozumiały - mówił - nigdy go nie zrozumiemy, nigdy nie odkry- jemy jego tajemnic. Musimy więc traktować go takim, jaki jest, jako wzniosłą tajemnicę!" Zwykły człowiek - mówił dalej - nigdy nie traktuje świata jako tajemnicy, a gdy zestarzeje się, myśli, że zrozumiał go w całości. Naprawdę zrozumiał tylko działa- nia ludzi, lecz w swojej ignorancji sądzi, że zjadł wszystkie rozumy i że nie ma po co żyć. „Wojownik jest świadomy tego pomieszania i uczy się właściwie traktować rze- czy. To, co robią ludzie, pod żadnym względem nie może być ważniejsze od świata. Tak więc wojownik traktuje świat jako nieskończoną tajemnicę, a to, co robią ludzie, jako permanentne szaleństwo".8 Postscriptum: ostatnio ukazała się piąta książka pt. The Second ring of Power (1978), lecz czytelnicy, którzy uwielbiają don Juana, będą rozczarowani tym to- mem, gdyż jego postać w ogóle się nie pojawia. Ani on, ani don Genaro nie są już „dostępni". Natomiast dona Soledad, jego uczennica (pozbawiona jednak jego wdzięku) zwraca swoje siły przeciwko temu łajdakowi Castanedzie. Ona sama jest „zgarbioną i siwowłosą, starą kobietą", która została przez nauki don Juana prze- mieniona w „zmysłową, zgrabną i tryskającą seksem postać" (cienie Shangri-la!), a jej misja polega na testowaniu Castanedy za pomocą jeżących włosy na głowie trików. Pokazy czystej mocy, pozbawione błyskotliwej mądrości i głębokiego współczucia don Juana, wypadają płasko i nieciekawie. Czytelnikowi, który poszu- kuje duchowej prawdy, nie mają nic do zaproponowania. Ta książka o „rodzinie" don Juana, magów i wiedźm (dona Soledad ma wtajemniczać grono dziewcząt) tak bardzo przypomina powieść, że podaje w wątpliwość autentyczność wszystkich poprzednich książek. I jeżeli don Juan, który jest czarodziejem i sam jest czaru- jący, zakłada takie szkoły, to nie możemy czuć szacunku do niego jako do mędrca. Ale prawdopodobnie przyczynił się do tego Castaneda. Uczniowie don Juana „kie- rując się jego wskazówkami pod jego nieobecność, w najbardziej metodyczny i precyzyjny sposób w przeciągu kilku dni zniszczyli resztki mojego zdroworozsąd- kowego myślenia". Ocena pozostaje sprawą otwartą.